Ślub wzięliśmy 1 maja 2012 roku, był wtorek, a co tam! Serio, nie jesteśmy schematyczni! Potem, w sierpniu tego samego roku, urodził się Franek. Nigdy nie mieliśmy prawdziwego własnego kąta.
Potem wyklarował się zarys. Dziadek Stanisława miał działki. Dziadek przepisał jedną działkę na wnuka, minęło 5 lat! W międzyczasie trwała zacięta papierologia: oczekiwania na miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, oczekiwania na podział działek, oczekiwania na geodetę. Cóż, warto było czekać! Bo w 2018 r., równo 6 lat po zrodzeniu się pomysłu, mąż miał działkę pod dom!
Potem czekała nas tylko trudna decyzja: czy działkę sprzedać i za to zbudować dom w innym miejscu czy budować tam. Wyszło: tam. W międzyczasie zrodziły się nasze niesamowite pomysły:
1. Straciliśmy 5 tysięcy złotych na zadatek mieszkania, które chcieliśmy kupić w przypływie emocji.
2. O mały włos nie staliśmy się właścicielami siedliska typu ranczo pod miastem, z 50 letnim domem do remontu i ogromnym podwórkiem. Okazało się jednak, że byli na niego inni chętni, którym złamaliśmy serce chcąc konkurować w zakupie siedliska. Pomysł więc nie wypalił.
3. Mieliśmy kilka pomysłów na zakup innej działki ale ...
Suma summarum: los zatoczył koło i budujemy dom na działce, której tak natarczywie chcieliśmy się pozbyć! To jest dopiero przekorność losu.
Tu: Franek robiący zdjęcia bloczków fundamentowych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podziel się